Ciąża... początek


 Doskonale pamiętam chwilę kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Byliśmy na urlopie w Zakopanem. Mieliśmy plan na przejście Tatr Zachodnich. W tym czasie w górach panowały warunki zimowe a niżej było coś na kształt przedwiośnia. Codziennie wracaliśmy mokrzy, zmarznięci i do tego zmeczeni ale szczęśliwi ze zrealizowanej wycieczki. Na domiar wszystkiego byłam bardzo przeziębiona. Pierwszy raz od ponad roku dopadł mnie katar. Co ciekawe w górach czułam się bardzo dobrze ale gdy tylko schodziliśmy ze szlaków dopadało mnie ze zdwojoną siłą. Wtedy wybawieniem było terflu i wódka z pieprzem. Po którymś dniu wędrowania postanowiłam sprawdzić czy jestem w ciąży. W końcu staraliśmy się o dziecko. Niby od niechcenia, z założeniem, że pewnie jak w poprzednich miesiącach nic z tego, zrobiłam test. Kiedy spojrzałam na niego i zobaczyłam, że pojawiła się druga, wciąż słaba, kreska zwyczajnie mnie zatkało. Przecież na to czekałam. Nie było wielkiej euforii tylko zwykłe zaskoczenie. Wyszłam z tą informacją do Seby. W tym czasie planował naszą trasę na Wołowiec. Wciąż sprawdzając warunki pogodowe. Był mocno na tym skupiony,kiedy wyrzuciłam z siebie słowa "Kochanie chyba jestem w ciąży". Popatrzył na mnie znad mapy i stwierdził, że za wcześnie sprawdziłam i pewnie test wadliwy. Genrelanie padło "taki test się nie liczy". No więc schwałam test i zabralam sie za szykowanie do wyjścia. W końcu wiedziałam że Grześ to igraszka ale na Wołowiec to już trasa typowo zimowa. Wciąż zasmarkana szłam w górę. Zastanawiając się czy test faktycznie był wadliwy. Obeszliśmy wyznaczone trasy. Zmokliśmy nie raz. Czasem nas wiatr obwiewał innym razem śnieg wpadał tam gdzie był najmniej mile widziany. Nawet zaliczyłam zjazd z Ornaku po tym jak się poślizgnęłam. Tak mijały kolejne dni wędrówek po Tatrach Zachodnich. W dzień wyjazdu powtórzyłam test i co ciekawe obie kreski były bardzo wyraźne. Pamiętam, że z lekka dozą złośliwości powiedziałam do Seby, że ten test to już się liczy i że jestem w ciąży. Tym razem to on miał moją minę z przed kilku dniu. No bo się staraliśmy ale, że się udało? Prawdziwe niedowierzanie zamieniające się w uśmiech od ucha do ucha. To ciekawe jak człowiek reaguje na różne sytuacje. Jednocześnie wielka radość i niedowierzanie. W tym momencie oboje inaczej podchodziliśmy do tematu ciąży. Wspólne było to, że różnie może być i lepiej się nie przyzwyczajać. Kiedy Seba był bardzo ostrożny ja zastanawiałam się kiedy potwierdzić ciążę u lekarza. Co jeśli będzie a co jeśli okaże się, że nic z tego. To czas kiedy w mojej głowie było milion myśli. Pojawił się strach przed radością. Żeby nie cieszyć się zbyt wcześnie. Tak naprawdę z wielu stron słyszałam, że lepiej się nie cieszyć bo można zapeszyć i wszystko może sie wydarzyć. Na szczęście w mojej głowie była myśl, że skoro na samym początku ciąży przeszłam w warunkach zimowych Tatry Zachodnie, 6 razy pokonaliśmy dolinę Chochołowską, przy przeziębieniu i głównie w warunkach deszczu, śniegu i chłodu, to chyba nasze dziecko jest całkiem silne. Kiedy wróciliśmy z gór postanowiliśmy nie mówić bliskim o tym jakie zmiany nas czekają. 


Pamiętam pierwszą wizytę u ginekologa. Byłam bardzo zestresowana. Podczas badania usłyszałam słowa "gratuluję, będzie pani mamą, jest pani w ciąży". Po chwili otrzymałam pierwsze zdjęcie świadczące o tym, że jednak ten pierwszy test nie był wadliwy. Jak się okazało i mój luby był zestresowany. Czekał na mnie jak na szpilkach. Kiedy wrocilam do domu zwyczajnie zapytałam go o to jakie ma plany zimą. Nie zaprzeczę, że trochę go to zdenerwowało. Dopiero po chwili dopytałam czy spędzi czas ze mną na porodówce. Zobaczyłam radość, ulgę i niedowierzanie. 
Tu znowu czas przeżywania tego co się zmienia i co przed nami był dla nas różny. S. oswajał się z myślą o ojcostwie. Mi wydawało się, że wogole go to nie cieszy. Wręcz, że wstydzi sie tego, że zostanie ojcem. Taki stan trwał przez cały pierwszy trymestr. Łatwo nie było. Dodając do tego burze hormonów i dolegliwości ciążowe dziwię się, że przetrwaliśmy ten czas bez większych kłótni. 
Sposób przekazania informacji bliskim też był dla nas różny. Moja siostra dowiedziała się jako pierwsza z bliskich mi osób. Kiedy powiedzieliśmy rodzicom S. bardzo się ucieszyli. 
Choć było to przekazane w sposób bardzo unikatowy. Przy obiedzie S. stwierdził, że mam się przyznać co nas czeka... 
Wciąż miałam wrażenie, że nie powinnam się cieszyć. Wiele osób w trosce o moje dobro mówiło, że różnie może być i lepiej być przygotowanym na najgorsze. Ta troska odbierała mi radość a dawała poczucie strachu. W połowie drugiego trymestru kupiliśmy łóżeczko. Jedna z osób w moim otoczeniu stwierdziła, że za wcześnie, "wiesz bo to różnie bywa". No tak. Tylko czy to oznacza, że pokój dla dziecka należy przygotować w okresie kiedy mama z dzieckiem są w szpitalu po porodzie?
A może dopiero jak maleństwo zostanie przywiezione do domu? 

Dzisiaj,  kiedy wchodzę w trzeci trymestr chcę przekazać, że należy się cieszyć. Być dobrej myśli. Dolegliwości są i będą ale nie oznacza to życia w ciągłym strachu. To bardzo szczególny czas. Nie odbierajmy sobie radości. Czy zasianie nuty niepokoju jest takim dobrem? Nie jestem tego zdania. Owszem wiele się może wydarzyć jednak dzisiaj wiem, że ciąża jest pięknym i unikatowym czasem. Uczę się i czytam co jest polecane a co nie. Unikam informacji o powikłaniach. Bo w dzisiejszym świecie wszechobecnej diagnozy internetowej można wiele symptomów choroby przypisać sobie. Wtedy cała radość znika w czerni strachu.
Dla mnie to wyjątkowy czas...

Komentarze