Każda z nas często spotyka się ze stwierdzeniem, że musimy spełnić się w wielu rolach. Musimy być takie jak tego od nas oczekują, jak wymaga sytuacja, jak wypada...
Bardzo nie lubię stereotypów. Wręcz nie znoszę szufladkowania. Właśnie wtedy moja wewnętrzna buntowniczka zaczyna krzyczeć i tupać, że wcale tak nie musi być i mało tego, wcale tak nie jest. Niestety nie zawsze tak na to patrzyłam...
Wyobraźcie sobie, że jeszcze kilka lat temu byłam mężatką. Mimo młodego wieku uważałam, że dokładnie tak muszę postąpić. Szybko wyjść za mąż, zostać matką, być idealną panią domu. Zakochałam się i miało być sielsko. Okazało się, że zbyt szybko podjęłam decyzję o związaniu się z tym młodym mężczyzną. W mojej ocenie był ideałem. Posiadał cechy, które powinien posiadać mój wymarzony mąż. Zwracałam uwagę na jego wychowanie, grzeczny, szarmancki, wykształcony (studiowaliśmy na tym samym wydziale), nie posiadał żadnego nałogu, do tego pracowity. Wciąż mogłam słuchać jego opowieści. Pokochałam całą sobą. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego...
Był ślub, przed którym moi najbliżsi starali się wytłumaczyć mi, że to nie jest najlepsza decyzja. Ale niech ktoś wytłumaczy kobiecie która kocha że ma zmienić zdanie. Uwierzcie mi to jest niemal niemożliwe a w moim przypadku nie było opcji żebym słuchała.
Nie widziałam tego jak ograniczał moje kontakty z najbliższymi. Jak patrzył na mnie przez pryzmat materialnych dóbr. Nagle któregoś dnia okazało się, że moja najbliższa przyjaciółka nie otrzymała ode mnie pomocy bo ja nie miałam z nią kontaktu. Nawet nie wiem kiedy przestałam się z nią spotykać, rozmawiać. Któregoś dnia okazało się, że nie było jej już w moim życiu. Okazało się też, że znikały z mojego życia inne relacje. Jedną z nich był mój dobry kolega (na nowo przyjaciel), który stał się nie pożądany w ocenie mojego męża. Dotyczyło to również mojej siostry, babci, ciotek i każdego kto był dla mnie ważny. Kiedy proces wyłączania bliskich się ukończył pojawiło się coś nowego. Mój nie posiadający żadnej skazy mąż zaczął stosować przemoc. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ból fizyczny i psychiczny można odczuwać jeszcze długo po tym jak ustają ciosy.
No ale przecież z jakiejś przyczyny to robił. No nie dlatego, że miał takie hobby. No własnie, czy na pewno? Bo tu ukryte jest sformułowanie "kobieta musi", "prawdziwa kobieta postępuje"...
W tamtym świecie byłam młodą kobietą, która musiała być idealną żoną, kochanką, kucharką, sprzątaczką... Mieć nieskazitelny wygląd, perfekcyjnie wysprzątany dom, zadowolonego męża. Dałam się wciągnąć w ten dziwny świat. Jak myślicie ile z nas wciąż w zaciszu domowym przeżywa swój koszmar? Jak myślicie ile z nas musi żyć tak jak ktoś tego oczekuje?
Każdego dnia słyszałam jak beznadziejna i bezwartościowa jestem. Jak niewiele znaczę. "Jesteś złym człowiekiem" "Nigdy sobie nie poradzisz sama." "Jeśli odejdziesz to Ciebie zniszczę." "Beze mnie nic nie znaczysz". "Będziesz mieszkała pod mostem, a żebyś miała co jeść będziesz musiała oddawać innym swoje ciało". To słowa człowieka, którego obdarzyłam miłością. Były też i bardziej ostre słowa. Jak np. "nie jesteś kobietą godną bycia matką moich dzieci". Kiedy codziennie słyszy się takie słowa człowiek zaczyna w nie wierzyć.
Kiedy kolejny raz padają ciosy a oprawca przestaje uderzać dopiero kiedy tracisz przytomność tym bardziej przyjmujesz, że tak muszę być idealna. Jeśli będę dokładnie i perfekcyjnie wykonywała wszystko to czego on ode mnie oczekuje to będziemy żyli szczęśliwie. A on będzie mnie kochał.
Za kilka dni miną cztery lata mojego nowego życia. Co ciekawe uśmiecham się na myśl o tym, że w dniu moich imienin obchodzę swoje urodziny. To te drugie w roku. Bo to urodziny w nowym życiu.
Cztery lata temu w dniu swoich imienin nie kupiłam ciastek dla mojego pana-męża i musiałam ratować życie. Teraz, kiedy to opisuję, myślę, że to było moje wybawienie. Brak idealnie spędzonego wieczoru bo akurat on miał ochotę na taki wieczór. Uciekłam. Byłam przerażona. Potem było piekło związane z rozwodem ale uciekłam.
Okazało się, że moi nieidealni bliscy wciąż na poboczu czekali na mnie. Kiedy poprosiłam o pomoc otrzymałam ją natychmiastowo. Stawianie pierwszych kroków w nowym życiu było trudne i pouczające. Moi przyjaciele dziwili się kiedy przepraszałam za swój wygląd, za swoje reakcje. Kiedy przepraszałam za podanie im kawy w kubkach nie będących kompletem. Mimo, że już nie musiałam wracać prosto z pracy do domu wciąż to robiłam. Bo mój pan-mąż od mnie tego oczekiwał przez kilka lat. Bałam się nie być punktualnie w domu. Starałam się wyglądać nienagannie przy każdym wyjściu z domu. Do dzisiaj jest bardzo ciężko zastać mnie w dresie, nawet w moim własnym domu.
Bycie idealną żoną, idealną kochanką swojego męża, idealną matką, idealną kobietą, idealną szefową bo tego oczekują inni. Naprawdę? musimy? Musimy sprostać tym wszystkim wymaganiom? A co kiedy takie nie jesteśmy? Niebo pęka? Ziemia nam się usuwa spod nóg? Co z tym czego faktycznie potrzebuje? Czy muszę mieć idealną sylwetkę? Czy faktycznie potrzebuję być taka jak oczekują ode mnie inni? Idealnie to może być w układzie SI na papierze. Bo nawet eksperymenty i wynalazki nie są idealne w zderzeniu z rzeczywistością. W takim razie dlaczego od siebie, czy co gorsza od innych oczekujemy idealności?
Nie. Bo czas pokazał, że mimo swojej nie idealności moi bliscy wciąż są. Nie mieszkam w baraku pod mostem. Nawet śmieję się, że każdemu życzę takiego "baraku". Jestem kobietą, szefową (nieidealną :)), mam swoje pasje i wszystko co robię to mogę. Nie muszę. Choć wciąż łapię się na tym, że ten głos "musisz być idealna" szepcze mi do ucha...
Komentarze
Prześlij komentarz